No  i jestem. Wróciłam, żywa, szczęśliwa...

 

Lwów, ba Ukraina mnie zauroczyła. Nie spodziewałam się takiej dawki  dobroci i bezinteresowności (z podkreśleniem słowa bezinteresowność) w tym kraju. Samotna podróż. Jak mówiłam moim znajomym o wyjeździe na Ukrainę spotykałam się bardzo często z niezrozumieniem. "Na Ukrainę, sama?" - to słyszałam najczęściej. "Zabiją cię, zgwałcą, w najlepszym razie okradną". Dzisiaj już wiem, że najbardziej krzyczeli ci, co nigdy nie byli na Ukrainie.

 

Podróż rozpoczęłam w mojej rodzinnej Pile. Trzynaście godzin w po= ciągu, aż do stacji końcowej Przemyśl. Po drodze ciekawa pogawędka a ze studentem z Poznania o Ukrainie i garść porad (nie używać słowa "zapukać", chciałam dowiedzieć się, co oznacza, ale nonszalancko odparł: "nie mogę tego powiedzieć dziewczynie". W Przemyślu szybka wymiana pieniędzy na hrywny (mój błąd, lepiej wymieniać złotówki na hrywny na Ukrainie, lepszy kurs) i już siedziałam w busie, który zawoził mnie do Medyki. Przejście graniczne Medyka-Szehini. Spodziewałam się nie ciekawego przyjęcia, niecierpliwości, a nawet grubiaństwa ze strony celników (tyle=  się o tym przed wyjazdem nasłuchałam), a jednak zostałam mile zaskoczona. Szybka odprawa polska, następnie przejście ukraińskie. Tu wypełnianie karty migracyjnej wjazdu i wyjazdu (to sentymentalna pamiątka = rodem z ZSRR) z mnóstwem głupich pytań: "W jakim celu jedziesz na Ukrainę? ", "Jak będziesz się poruszał?", " U kogo się zatrzymałeś?". Uff... I tak to nikt nie sprawdza, strata czasu. No i strachowka. Ubezpieczenie medyczne, które jest fikcją. Nieobowiązkowe, ale wszyscy płacą. Mit, mit i jeszcze raz mit. Przechodzę i co... nie płacę. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nikt nawet mi zaproponował, abym kupiła strachowkę. Zaoszczędziłam 12 hr. Już mi się zaczyna podobać.

 

I oto pierwszy przejaw ukraińskiej bezinteresowności (aż może za bardzo posuniętej). Zaczepia mnie mężczyzna, może jakieś 28 lat i zaczyna wypytywać. "Gdzie jadę?", "Czy jestem pierwszy raz na Ukrainie?, "Czy przyjechałam tu sama?". Gdy dowiaduje się, że jadę do Lwowa, proponuje mi, że mnie podwiezie, gdyż jedzie w tą samą stronę. Grzecznie, ale stanowczo odmawiam, twierdząc, że dojadę tam marszrutką. Nie znam jego zamiarów i zaczyna mi się to nie podobać. Tym bardziej, że facet jest strasznie natrętny. Przekonuje, że to oszczędność czasu i pieniędzy, a przy okazji możliwość rozmowy. "Odprowadza" mnie aż na postój marszrutek (pewnie myśli, że zmienię zdanie). Wsiadam i mam dosyć. To za dużo przeżyć jak na ostatnie dwa dni. W marszrutce rozmowa z Polakami, wszyscy płacili strachowkę... Nie wiem, dlaczego zostałam wybrana, ale nie powiem, żeby mi się to nie podobało. Droga Szehini-Lwów mija szybko. Jesteśmy na przedmieściach Lwowa. Widać, że wjeżdżamy do większej metropolii, pełno plakatów (do tej pory śmieszy mnie ustawa o języku ukraińskim, nazwisko Nicole Kidman pisane cyrylicą?) i neonów. Marszrutka dowozi nas na dworzec główny. Spodziewałam się okropnego dworca w stylu późnych la= t socjalizmu, ale moim oczom ukazuje się wspaniały secesyjny dworzec, który równie dobrze mógłby być gmachem opery. No to jestem we Lwowie. Nocleg załatwiłam sobie przez internet, u Polki (5$ za noc), mieszkającej na ulicy Okrużnej. Dojechałam tam marszrutką nr 2 i już wtedy po raz pierwszy doświadczyłam tego, o czym myślałeś Irek, nazywając kierowców marszrutek- rajdowcami. Zajmują się oni wszystkim oprócz kierownia marszrutką, piją, rozmawiają z pasażerami, przyjmują pieniądze i wydają resztę, sięgają po coś, a do tego wyprzedzają na ciągłej lini. O zgrozo...

 

Dom pani Barbary, Polki u której się zatrzymałam okazał się bardzo ładny, a ona sama bardzo sympatyczna. Nie licząc wody, która chyba w całym Lwowie leci tylko rano i wieczorem. Następne dni upłynęły mi na zwiedzaniu Lwowa. Wiesz, co podoba mi się w Lwowie najbardziej? Jego ponadczasowość. Dziadek opowiadał mi, że kiedy był we Lwowie pił na ulicy kwas chlebowy z beczkowozu. Jak pojechałam do Lwowa znalazłam to, nad czym zachwycał się mój dziadek pół wieku temu. To naprawdę niesamowite.

 

Pierwszego dnia w Lwowie już zakupiłam bilet na balet "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego w teatrze opery i baletu na Prospekcie Swobody. Pomyślałam, że zasłużyłam na to (zaoszczędzona strachowka), tym bardziej, że była to śmiesznie niska kwota jak na polskie warunki. Trzygodzinny balet okazał się wspaniałym widowiskiem, a sala pękała w szwach (dostawiali jeszcze krzesła!).

 

Następnie zwiedzanie Lwowa: Stare Miasto, Rynek, Łyczaków. Trzeciego dnia postanowiłam zapuścić się trochę dalej. Rano otworzyłam mapę i zaczęłam zastanawiać się, co dzisiaj zobaczę. Moją uwagę wzbudził botaniczny sad na Pohulance. To nic, że był to drugi koniec miasta. Wielka eskapada trwała chyba pięć godzin (przy okazji w połowie drogi zepsuły mi się buty), ale widok owego sadu wynagrodził  wszystko. Tak samo zwiedziłam park Stryjski. Był to ciekawe miejsca tym bardziej, że nie odwiedzane zupełnie przez turystów.

 

Lwów to także jedzenie i ja o tym nie zapomniałam. Jestem zdeklarowaną wegetarianką, ale, nie żyłam tam o chlebie i sałacie. Już będąc w domu wiedziałam, że chciałabym spróbować ich prawdziwych (czyli przede wszystkim mięsnych) dań ukraińskich. Jeszcze miesiąc przed wyjazdem "uczyłam się" znowu jeść mięso. Już we Lwowie nie stroniłam od babuszek, które zawsze miały coś dobrego do  zjedzenia: krymskie czebiureki, pielmieni czy kijewskie perepiczki. Wszystko popijane oczywiście sławetnym kwasem z beczkowozu. Ach...Oraz restauracje, no bez tego też się nie mogło obejść. Syberyjska solanka i gruzińska tolma (gorąco polecam: mięso zawinięte w liście winogron z sosem czosnkowym) i woda; 12 hr. Byłam w szoku. Dorzuciłam jeszcze 6 hr kelnerowi w ramach napiwku. Był nie mniej zdziwiony niż ja. To był mój pierwszy w życiu napiwek i on sprawiał wrażenie, że jego też.

 

Poznałam także studentów historii na uniwersytecie im. Iwana Franka w e Lwowie, którzy okazali się ludźmi świetnie znającymi języki, doskonale odnajdującymi się w międzynarodowej polityce, ale także znający historię Polski lepiej niż nie jeden Polak. Ukraina ma wielkie zaplecze ludzi, którzy mogliby zawojować świat, ale nie potrafi tego dostatecznie "sprzedać". Istnieją jakieś głupie stereotypy, które najczęściej nakręca niewiedza o tym kraju niż fachowa kalkulacja.

 

W sumie we Lwowie byłam pięć dni. To nie dużo jak na tak ciekawe miasto. Moim dalszym celem podróży była Żółkiew, później Drohobycz i Truskawiec, ale to chyba opowieść na kolejny mail.

 

przesłała - Agnieszka S. Z Piły :)  za co jej dziękuję!! :)

WRÓĆ